Recenzja krytyka · Tomasz Kożuch
Klinika zmarnowanego potencjału. Patryk Vega i jego medyczny seans osobliwości
Najnowsze dzieło Patryka Vegi obiecywało bezkompromisowe rozliczenie z polską służbą zdrowia, jednak ostatecznie staje się kolejnym dowodem na słabość reżyserskiego warsztatu twórcy. Zamiast spójnego i przejmującego obrazu otrzymujemy po raz kolejny zbiór luźno powiązanych skeczy, które marnują ogromny potencjał tematyczny. Film balansuje między czystą rozrywką a przerysowaną groteską, nie pozostawiając miejsca na głębszą refleksję.

Recenzowany film
Botoks (2017)
Akcja · Dramat · Thriller · 2h 15min
Patryk Vega przyzwyczaił już polskiego widza do autorskiej, wysoce specyficznej metody realizacyjnej. W „Botoksie” reżyser po raz kolejny udowadnia, że unikalny styl tworzenia dzieła filmowego z pojedynczych, autonomicznych szkiców i skeczy pozostaje dla niego absolutnie nieodłącznym elementem warsztatu. Jest to niestety kolejny spektakularny pokaz tego, jak w bezmyślny sposób można zmarnować potencjał na stworzenie naprawdę dobrej, wielowarstwowej historii. Choć w kontekście całej twórczości Vegi obraz ten nie wypada najgorzej, to trudne do przełknięcia staje się oglądanie po raz wtóry tego samego schematu realizacyjnego.
Równie pretekstowo potraktowano sferę audialno-wizualną, która w założeniu miała budować dynamikę thrillera i kina akcji. Ścieżka dźwiękowa w tym filmie praktycznie nie istnieje, co sprawia, że poszczególnym sekwencjom brakuje niezbędnego napięcia oraz emocjonalnego tła. Z kolei efekty specjalne pojawiają się na ekranie na tyle rzadko, że można je w zasadzie uznać za całkiem udane i poprawne realizacyjnie. Ich rzadka obecność zapobiega ewentualnej katastrofie wizualnej, pozwalając skupić się na podstawowej warstwie obrazu.
Na poziomie rzemiosła aktorskiego widowisko utrzymuje się na znośnym, akceptowalnym poziomie. Obsada stara się wycisnąć cokolwiek z nierównych scenariuszy poszczególnych postaci, co sprawia, że seans przechodzi bez większego bólu. Szczególne miejsce w całej strukturze filmu zajmuje wątek Marka (dawniej Małgorzaty). To właśnie w tej linii fabularnej dochodzi do jedynego momentu, który faktycznie skłania widza do chwilowej refleksji – staje się nim przejmująca sekwencja na cmentarzu, w której ojciec po raz pierwszy bezwarunkowo nazywa Marka swoim synem.
Poza tym jednym autentycznym akcentem emocjonalnym, reszta przedstawionych na ekranie sytuacji to w gruncie rzeczy głęboko przerysowana wizja korupcji, chciwości oraz systemowych patologii. Vega nie próbuje niuansować rzeczywistości, lecz serwuje nam łopatologiczną karykaturę. Nie jest to z pewnością film, który ogląda się po to, by stać się mądrzejszym czy poszerzyć swoje horyzonty poznawcze. Cała konstrukcja tematyczna została podporządkowana doraźnej, mocno przerysowanej atrakcyjności wizualnej.
Największą bolączką produkcji pozostaje jednak kompletny brak głębszej fabuły oraz dramatycznej osi. W filmie bezustannie mieszają się historie wielu odrębnych bohaterów, co sprawia, że śledzenie ekranowych wydarzeń nie należy do najprzyjemniejszych doświadczeń. Całość konstrukcyjnie przypomina raczej chaotyczny serial telewizyjny, którego poszczególne odcinki i wątki nie zostały w żaden sposób przemyślane ani harmonijnie połączone w spójny dramat.
Mimo tych niezaprzeczalnych wad, obraz pozostaje produkcją w miarę znośną w samym odbiorze. Film Patryka Vegi spełnia swoją podstawową funkcję wyłącznie wtedy, gdy potraktujemy go jako pozycję nastawioną na czyste wciągnięcie widza w wartki bieg wydarzeń i spędzenie czasu na niezbyt wymagającej, czysto komercyjnej rozrywce. Dla widzów szukających prostej dynamiki i wyrazistych kontrastów może to być seans dostarczający potocznej rozrywki, choć dla wymagającego kinomana pozostanie jedynie powierzchowną mozaiką.