Recenzja krytyka · Redakcja Cinefy

Zepsute lody Eliego Rotha. Kiedy kicz przestaje bawić, a zaczyna nużyć

Eli Roth po raz kolejny próbuje przekształcić niewinny motyw z dzieciństwa w makabryczną groteskę. Jego "Ice Cream Man" miał być skondensowanym homage'em dla groszowych powieści i tradycji slasherów, lecz ostatecznie grzęźnie w realizacyjnym chaosie. To dzieło, w którym potencjał na dojrzałą satyrę ustępuje miejsca powierzchownym chwytom i wyraźnej zadyszce twórczej.

24 sierpnia 2026Reż. Eli RothOcena krytyka 3.5/10
Plakat filmu Ice Cream Man

Recenzowany film

Ice Cream Man (2026)

Horror · Thriller · Komedia · 1h 26min

Eli Roth przyzwyczaił nas do bezkompromisowej makabry podanej z przymrużeniem oka. W swoim najnowszym projekcie reżyser sięga po osadzony w popkulturze archetyp, zamieniając słodki symbol dzieciństwa w figurę czystego strachu. Metraż trwający zaledwie godzinę i dwadzieścia sześć minut sugerował skondensowane, dynamiczne widowisko w stylu bezpretensjonalnego kina klasy B. Roth wyraźnie próbuje nawiązać do estetyki pulp fiction i klasycznych slasherów, jednak tym razem ewidentnie brakuje mu dawnej reżyserskiej dyscypliny oraz inscenizacyjnego pazura, przez co całość sprawia wrażenie zrealizowanej bez wyraźnego pomysłu na prowadzenie narracji.

Warstwa wizualna filmu operuje trawestacją podmiejskiej sielanki. Zdjęcia mienią się pastelowymi barwami, które w założeniu miały jaskrawo kontrastować z ekranową przemocą i generować poczucie dysonansu poznawczego. Oświetlenie stylizowane na słoneczne, bezstresowe przedmieścia buduje pozory spokoju, podczas gdy sekwencje grozy epatują mocno przerysowaną charakteryzacją i efektami gore. Niestety, ta opozycja szybko traci swój impet. Podobnie rzecz się ma ze ścieżką dźwiękową, w której dominują zniekształcone, piskliwe motywy muzyczne ze znanych melodyjek furgonetek z lodami. Choć początkowo ta audialna deformacja buduje gęsty niepokój, z czasem przekształca się w wysoce męczące i nienaturalnie powtarzalne tło.

Aktorsko film sprawia wrażenie nierównego. Obsada złożona z młodego pokolenia wykonawców, takich jak Charlie Zeltzer, Shiloh O’Reilly i Sarah Abbott, oraz doświadczonych aktorów pokroju Ariego Millena czy Benjamina Byrona Davisa, dwoi się i troi, by uratować wyjątkowo płytko napisane postacie. Ari Millen próbuje nadać swojej roli nieco przerysowanego, groteskowego charyzmatu, lecz scenariuszowe ograniczenia sprowadzają jego kreację do zestawu powtarzalnych min i stereotypowych gestów. Młodzi aktorzy grają wprawdzie poprawnie, lecz brak im materiału dramatycznego, który pozwoliłby na zbudowanie wiarygodnej, emocjonalnej więzi z widzem.

W wymiarze tematycznym "Ice Cream Man" próbuje poruszać wątki utraty dziecięcej niewinności oraz lęku przed tym, co ukryte za fasadą podmiejskiej przewidywalności. Roth żongluje konwencjami czarnej komedii i obrzydliwego body horroru, traktując postać tytułowego sprzedawcy jako ucieleśnienie stłumionych traum i dziecięcych fobii. Problem polega na tym, że owocne socjologiczne podteksty pozostają wyłącznie w sferze intencji. Zostają one bezpardonowo przytłoczone przez chęć szokowania tanią gore-estetyką, która zamiast głębi przynosi jedynie formalny niedosyt.

Największą słabością produkcji okazuje się rażący brak narracyjnego rytmu oraz wtórność dowcipu. Chaotyczny montaż pozbawia poszczególne sceny właściwej dynamiki, a humor nie potrafi należycie zbalansować okrucieństwa. W efekcie film wpada w stylistyczny zawis – nie staje się ani dostatecznie straszny, ani naprawdę zabawny. Niski odbiór publiczności nie jest zatem dziełem przypadku; pretekstowa fabuła i nieporadność montażowa sprawiają, że nawet tak krótki seans potrafi ostatecznie znużyć.

To propozycja skierowana wyłącznie do bezkrytycznych entuzjastów specyficznego, niszowego kina z pogranicza kiczowatej makabry. Widzowie poszukujący w horrorze świeżego spojrzenia, głębi psychologicznej czy chociażby sprawnego budowania napięcia powinni ten tytuł ominąć z daleka.

Więcej recenzji